poniedziałek, 27 czerwca 2016

#1 "Światło, którego nie widać" - recenzja książki


 
Tytuł: "Światło, którego nie widać"
Tytuł oryginału: "All the Light We Cannot See"
Autor: Anthony Doerr
Gatunek: literatura współczesna, historyczna
Liczba stron: 640
Wydawnictwo: Czarna Owca

"Krocz ścieżkami logiki. Każdy skutek ma przyczynę, istnieje wyjście z każdej sytuacji. Do każdego zamka można dopasować klucz."





* Marie-Laure mieszka wraz z ojcem w Paryżu, jako sześciolatka traci wzrok i odtąd uczy się poznawać świat przez dotyk i słuch.
Pięćset kilometrów na północny wschód od Paryża w Zagłębiu Ruhry mieszka Werner Pfennig, który jako mały chłopiec stracił rodziców. Podczas jednej z zabaw Werner znajduje zepsute radio, naprawia je i wkrótce staje się ekspertem w budowaniu i naprawianiu radioodbiorników. Odtąd Werner poznaje świat, słuchając radia.
Kiedy hitlerowcy wkraczają do Paryża, dwunastoletnia Marie-Laure i jej ojciec uciekają do miasteczka Saint-Malo w Bretanii.
Werner Pfennig trafia tam kilka lat później. Służy w elitarnym oddziale żołnierzy, który zajmuje się namierzaniem wrogich transmisji radiowych. Podczas nalotu aliantów na Saint-Malo losy tej dwójki splatają się…

*lubimyczytac.pl

Książka jest genialna, choć sam opis niezbyt mnie zachęcił. Mimo, że nie oceniam książek po okładce czy tytule, to w tym przypadku oba te czynniki w dużej mierze zadecydowały o sięgnięciu po tę pozycję. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na jej temat, więc postanowiłam dać jej szansę. Z czasem zaczęły pojawiać się i negatywne komentarze, jednak wolałam wyrobić sobie swoje własne zdanie.

"Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze."

Powieść ma ponad 600 stron, ale rozdziały są krótkie i czyta się ją naprawdę szybko. Jedynym minusem było to, że przez pierwsze 150 stron nie mogłam się w nią „wbić”. Ten szczegół jest jednak tak mało znaczący, że nie zaważył na ogólnej ocenie. Następne 500 stron całkowicie wynagrodziło mi początkowy trud.

Czytałam mało książek, których akcja toczy się w czasie wojny. W tej bardzo dobrze przedstawione są realia XX-wiecznej Europy, mimo że z niektórymi faktami można by się spierać, czy – jak czytałam w kilku recenzjach – zarzucać autorowi „wybielanie” Niemców. W tej książce jednak nie jest najważniejsza prawda historyczna, a jej przesłanie, drugie dno.

"Po czterdziestu tygodniach sześć bilionów komórek przeciska się przez drogi rodne matki. Krzyczymy. Później atakuje nas świat."

Napisana jest w dość oryginalny sposób, zupełnie inny niż większość powieści. Początkowo przeszkadzał mi czas teraźniejszy, ale po kilkunastu rozdziałach przyzwyczaiłam się do takiego stylu. W książce nie toczy się typowa akcja, jest to bardziej jak pamiętnik – opis kolejnych dni, przeplatających się wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości. Wszystko jest napisane przejrzyście i zrozumiale, więc raczej nie ma jak się pogubić. Mimo, że dialogów jest stosunkowo mało i przeważają długie opisy, historia nie nudzi.

Główne wątki – Marie-Laure i Wernera przeplatają się z innymi, pobocznymi, ale równie interesującymi. Każda z postaci ma znaczący wpływ na fabułę. Tak samo jest z bocznymi wątkami, jak wydarzenia z sierocińca, poszukiwania diamentu czy historia ojca Marie-Laure.

Bezsprzecznie najlepsza książka, jaką przeczytałam do tej pory. Polecam serdecznie wszystkim, nawet tym którzy nie przepadają za historią. Bo nie nazwałabym jej typowo historyczną – to książka o życiu i przetrwaniu wojny.

OCENA: 10/10